Oddechu, spokoju, ciszy...

Z grudniowego dzieciństwa pamiętam śnieg. Zawsze śnieg, dużo śniegu. Ciche, bezpieczne okrycie.

W domu jedynej babci przy stacji kolejowej Łódź Kaliska, kobiety zaplatały długie białe paski papieru w małe gwiazdki. Opowiadały sobie przy tym niestworzone historie. Plotły papier i słowa. Podziwiałam je spod kuchennego pieca.



Mam kilka takich gwiazdek babci. Przeżyły ją.

W jej domu choinka rodziła się w lesie, świeczki na niej pachniały miodem, a wigilijna wieczerza zdarzała się naprawdę.

Odeszła zanim zdążyłam to docenić. Do dziś tęsknię za jej obecnością w moim dorosłym życiu.

Święta w mieście bywały samotne. Ja z mamą. Ja z ojcem. Osobno. Mikołaj zawsze się spieszył, nigdy nie udało mi się go przywitać, ani podziękować. Zwykle przynosił książki, z których szybko nauczyłam się, że i jego wymyślono. Wokół mnie królowała skryta nierzeczywistość.

Nasze uroczystości świąteczne nie miały majestatu tych z okien naprzeciwko. Opłatek sechł z roku na rok. Kruszył się wśród niezdarnych życzeń. A ryba pachniała po żydowsku. Dziadek Szymon, ciemny i wielki jak dąb, kupował iglaste drzewko. Nie miałam pojęcia, jak wiele go to kosztowało, jak bardzo chciał być, jak inni, Polacy, budowniczowie Warszawy. Uczył mnie kolęd na zdezelowanym pianinie sprzed wojny. „Bóg się rodzi, moc truchle-e-je…” Marzec 1968 pozbawił go sił.

A ja chciałam, żeby już było „po wszystkim”. Żeby czas wrócił do swego nurtu, w którym nie byłyśmy obce. Żeby sąsiedzi uprawiali nasze dawne rytuały codzienności. Nawet nieobecność na niedzielnej mszy świętej łatwiejsza była do ukrycia niż na pasterce. Nie wiem, co było nie tak, ale było.

Bardzo bolały mnie wysłużone szkielety choinek pod śmietnikami. Buntowałam się przeciwko ich losom. Wigilijny karp w wannie mnie nie wzruszał, ani jego śmierć, tak być miało, ale porzucone drzewko wywoływało bezbrzeżną rozpacz.

Później mijały święta. Tajały lody. Zbyt głośną, obowiązkową radością witano NOWY ROK… Pamiętam 60-ty, 70-ty z groszami. Kolejne.

Dorastałam jako córka żydowskiej matki i polskiego ojca. Przeszkadzała mi moja własna bożonarodzeniowa nieczułość. I jednoczesna wielka potrzeba uczestnictwa. Bycia razem. Dzielenia się… sobą, dobrocią, przyjaźnią z tymi, którzy wokoło. Wymyśliłam sobie i stworzyłam wielką rodzinę przyjaciół, w miarę upływu lat coraz bardziej oddanych i ważnych. Są moją radością i dumą.

W dniu Wigilii chodziłam po ich domach, każdemu ofiarowując, co miałam i umiałam. Zwykle słowa i kawałek serca. Zawsze się spieszyłam, żeby zdążyć do mamy, bo tam należało odbyć obrzęd tradycyjny. Jakoś nie nasz. Choć ważny.

Kiedy żył mój Henryk, żydowski emigrant marcowy, który zawsze przyjeżdżał na Święta do Polski, żartowaliśmy wspólnie z chrześcijańskiej tradycji i choinki (pomagał mi ją taszczyć i ubierać). Pokazał mi po raz pierwszy, że jako Warszawiak i Polak nie musi „uprawiać” świątecznej karpiano-kapuścianej codzienności. Byliśmy w niej RAZEM i obserwowaliśmy ją jednocześnie z ciekawego dystansu lokatorów. My i nie my. Razem i z daleka. On podobno uprawiał to od dziecka.

Wigilię dzieliliśmy między moją rodzinę, a jego przyjaciół. Najwspanialsze radości kulinarne czekały na nas u mojego ojca (dzięki jego drugiej żonie), który otworzył przed moim żydowskim mężem wyjątkową gościnność polskiego stołu. Boczek, pierogi z grzybami, ryby w wielu odsłonach. Czuliśmy się każdego roku zaszczyceni ich czułą serdecznością. Doświadczam jej lata potem, kiedy zabrakło Henryka. A ciągle jest przy tym stole obecny i czekany.

Gwiazdka wymaga dzieci. Bez nich, bez rodziny, bez świątecznego tumultu wielu stóp, ów czas czarów staje się mniej potrzebny. Moje książki nie zawsze odpowiadają kryteriom nieznośnych bachorów.

Moim siostrzenicom dedykuję te święta. Naszym kolejnym wspólnym podróżom. Waszej/naszej drodze, którą jeszcze mogłabym wskazać. Bądźmy na siebie uważne. Póki czas.

Czego bym chciała? Dziś, dla siebie, na święta? Oddechu. Spokoju. Ciszy.

PRZYSTANKU!

Musi pani „zresetować harddrajwa” – powiedział pewien Koreańczyk, który z troską pochylał się nad moją głową. „ Za duży tłum ludzi, za dużo przeszłości”. Proszę, Mikołaju, pomóż!

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...