O autorze
Przez lata mieszkałam w drodze, między kontynentami. W Nowym Jorku tęskniłam za Paryżem, w Toronto za Jerozolimą. Wszędzie za Warszawą. Dziś już wiem, że to ona jest moim najważniejszym adresem.

Podróżowałam śladami bohaterów moich książek: Isaaka Singera, Ireny Krzywickiej, Wiery Gran. Starałam się rozwiązywać zagadki ich losu i tajemnice pamięci. Ich portrety stawały się lustrami, w których się przeglądałam. Zmierzyłam się także z własnym sekretem (w Rodzinnej historii lęku), i dramatem (w Ćwiczeniach z utraty).

Mam czytelników w Ameryce i Francji, w Grecji, Hiszpanii, Izraelu, w Holandii i Korei. To – obok przyjaciół – stanowi mój najważniejszy życiowy dorobek.

19 listopada... koło południa

19 listopada 1942 - „czarny czwartek” w drohobyckim getcie. Około południa, może nieco wcześniej.

Fredek:
- Zaczęła się ta gehenna, która spotkała wszystkich Żydów, także i jego. Zamieszkał w getcie. Wykonywał prace dla Niemców. Został takim artystą, malarzem nadwornym u gestapowców. Zakwalifikowano go do kategorii Żydów „potrzebnych”, przynajmniej na jakiś czas. Wykonywał freski na ścianach, mozaiki z forniru, malował pokoje. Schulz pracował też przy segregacji wszystkich narabowanych rzeczy, głównie obrazów i książek. Sporządzał po niemiecku wykazy, które naczelnik gestapo tylko podpisywał i przesyłał do Berlina. Miał wśród gestapowców swojego protektora, był nim Feliks Landau, szef referatu żydowskiego, stolarz z Wiednia. Niesłychany bandyta, własnoręcznie rozstrzelał wiele osób, bił do śmierci i tak dalej. Ale Schulza cenił jako malarza, jako artystę. Schulz pod jego skrzydłem się przechowywał. Kiedy Landau wyjeżdżał gdzieś służbowo z Drohobycza, to Schulz się natychmiast chował. Wszystkiego się strasznie obawiał.



Abraham:
- Ja nie wiem, jak to się stało, czy wyszedłem tego dnia wcześniej z getta, czy co, ale widziałem biegnących tam Niemców. I zaraz zaczęła się strzelanina. Na kogo popadło, przez okna, przez drzwi, na oślep. Przyszedłem do Landaua, gestapowiec, ale starał się nas chronić. Zapytał od razu, gdzie jest Schulz, nie, nie Schulz, Bruno. Gdzie jest Bruno? Powiedziałem, że nie wiem, ale są w getcie Niemcy i czarna policja. Dobrze, dobrze, on na to, musze iść popatrzeć. W tym momencie wszedł Gunther, też Niemiec, zadowolony, z chytrym uśmiechem. „ Ty wiesz, co ja dzisiaj zrobiłem? Zastrzeliłem twego Żyda. Twojego artystę, tego Schulza”” „ Co, co?”, „Boś ty zastrzelił wczoraj mojego Żyda, Lowa.” „Ale popatrz, ja mam tutaj zaczęty rysunek, kto mi go skończy?” „A ty idź, zobacz, na czym ja śpię, on mi miał zrobić łóżko, ja śpię na ziemi, nie mam łóżka.” „Szkoda, szkoda, jeszcze mi był potrzebny”. „Właśnie dlatego go zastrzeliłem!”
Taka była rozmowa. Sam ją słyszałem.

Fredek:
- Śmierć Schulza była wynikiem osobistych porachunków Landaua z innym gestapowcem, Karlem Guntherem, którego pupila wcześniej zastrzelił Landau. Schulz szedł rano do Judenratu z adwokatem Friedmanem i kiedy z ulicy Mickiewicza nadbiegł Gunther, Friedman uciekł, a Schulz, fizycznie bardzo słaby, został. Nie wierzył, że zginie. Gunther jednak podbiegł do niego, krzyknął, żeby się odwrócił, i strzelił mu dwa razy w głowę. Podobno miał mały, damski pistolet.

Uczniów Brunona Schulza wysłuchałam w Drohobyczu w 1992 roku.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...